الْعَرَبيّة   中文   čeština   deutsch   english   español   français   हिन्दी   italiano   日本語   한국어   nederlands   norsk   polski   português   русский язык   svenska   ราชอาณาจักรไทย
Odpowiedzialność

Sprzątanie po Katrinie: Venture Crew 10 wraca po więcej

Zabranie 15 dzieci w wieku od 11 do 18 lat na wycieczkę do Biloxi, w stanie Mississippi to pomysł na spędzenie 7 dni wakacji, który pewnie nie przyszedłby do głowy każdemu. Dla Barry'ego Dahlberga, dziewięciu innych dorosłych, łącznie z Bobem i Jimem DeVlieger, którzy są także pracownikami Hamilton Sundstrand, oraz amerykańskich harcerzy z Venture 10 Crew, było to przeżycie, które będą pamiętać do końca życia.

Rozpoczynając tam, gdzie skończyła większość grup ochotników, Venture Crew 10 pomogło właścicielom domów w Biloxi w pracach, które obejmowały przygotowanie fundamentów, stawianie budynków gospodarczych, stolarkę, prace hydrauliczne i układanie płytek. Dorośli nadzorowali prace z użyciem narzędzi elektrycznych, ale młodzi musieli radzić sobie z zadaniami od początku, do ich ukończenia. Dahlberg mówi, „Pojechaliśmy do Biloxi po raz pierwszy rok temu, aby pomóc w odbudowaniu obozu harcerskiego w Kiln, w stanie Mississippi, który został zniszczony przez huragan, a dzieci chciały wrócić i zobaczyć, co jeszcze można zrobić. W tym roku nasza podróż była inna ponieważ wzięliśmy młodsze dzieci, także dziewczynki i kobiety, które pełniły rolę opiekunek, i to było świetne.”

Przed wyruszeniem grupa spędziła całe miesiące na przygotowaniach. Członkowie drużyny Venture Crew 10 sprzedawali ser i ugotowali ogromny gar spaghetti, aby zebrać pieniądze potrzebne na ich wyżywienie, benzynę i inne rzeczy potrzebne podczas tygodniowej wyprawy. Razem z dotacją z programu UTC Volunteer Grant grupa wyjechała do Biloxi mając w ręku 9000 USD. Ta suma nie tylko pokryła ich wydatki, ale także pozwoliła im na przekazanie funduszy dla Pierwszego zjednoczonego kościoła Metodystów w Biloxi, gdzie cała grupa nocowała w salach lekcyjnych, które zostały zamienione na kwatery dla grup ochotników. Kościół sponsorował też niektóre projekty drużyny.

„Biloxi wyglądało tym razem inaczej, ponieważ większość ruin pozostałych po huraganie została usunięta, ale nawet po tak długim czasie ludzie ciągle mieszkali w przyczepach lub próbowali przywrócić swoje domy do stanu używalności. Praca dała nam możliwość porozmawiania z ludźmi, którzy przeżyli Katrinę. Ich historie wywarły na nas wszystkich ogromne wrażenie”, stwierdził Dahlberg. „Ale czas spędzaliśmy nie tylko pracując. Jednego wieczoru wypożyczyliśmy szkuner i wypłynęliśmy na zatokę, aby zobaczyć zachód słońca, a w przeddzień powrotu do domu zjedliśmy czerwoną fasolę z ryżem i czymś zupełnie nowym... langustami. Mieszkańcy pomogli nam je ugotować i dali nam pokaz jedzenia langusty. Była to niezła zabawa i wspaniałe zakończenie naszej przygody.”


Pracownik firmy Sikorsky dba o weteranów

Bob Chechoski pracuje jako operator maszyny na dziale produkcji płatów w firmie Sikorsky Aircraft od ponad 24 lat. „Lata lecą szybko, bo lubię swoją pracę i rozumiem jak ważne jest właściwe wykonywanie swoich obowiązków”.

Poza pracą Bob spędza większość swojego czasu dbając o sprawy weteranów, zbierając datki i wysyłając paczki dla żołnierzy na zagranicznych misjach. Tylko w 2007 r. Bob wysłał ponad 80 paczek za granicę. Każda paczka jest inna, ale większość zawiera jedzenie z długim okresem przydatności do spożycia: od batoników po świątecznego indyka, przybory toaletowe, filmy oraz gry na konsole PlayStation i Xbox. Waga takiej paczki to średnio 20 - 30 kg.

Bob utrzymuje kontakt z żołnierzami poprzez e-mail. Dają mu znać kiedy otrzymali paczkę a także proszą o rzeczy, których potrzebują lub chcieliby dostać. „Za każdym razem, gdy dostaję wiadomość od żołnierzy, raduje się moje serce. Żołnierze zasługują na wszystko co im wysyłamy, ponieważ są w trudnej sytuacji i każda mała rzecz daje im nadzieję. Możecie mi wierzyć, coś o tym wiem”, mówi Bob.

Będąc na trzech misjach w Wietnamie od 1966 do 1969 roku, Bob wspomina, że bardzo niewielu ludzi wysyłało paczki żołnierzom. „To obniżało nasze morale i zdawało się nam, że nikogo nie obchodzi nasz los. To doświadczenie stało się powodem mojej krucjaty na rzecz żołnierzy i uczyniłem to moim obywatelskim obowiązkiem”, mówi.

Bob okazuje swoje wsparcie na wiele sposobów – wszystko to robi, aby uhonorować tych, którzy służą lub służyli w armii. Od 15 lat jest związany ze szpitalem dla weteranów The West Haven, w stanie Connecticut, gdzie pracuje jako akredytowany przedstawiciel weteranów, służąc im pomocą przy dochodzeniu roszczeń lub reprezentując ich w sprawach sądowych. Bob jest także członkiem fundacji Soldier's Sailor's and Marine's Fund, która pomaga weteranom w uzyskaniu pomocy finansowej od państwa i zapewnieniu im mieszkania i pracy.

Ale poświęcenie Boba nie kończy się na tym. Jako członek Sekcji 251 Związku Weteranów Wietnamskich Ameryki organizuje zbiórki funduszy i imprezy, których celem jest pozyskanie pieniędzy dla żołnierzy, jest także oficerem dyżurnym w organizacji American Legion. „To, co robimy sprawia, że życie żołnierzy zmienia się i są nam wdzięczni za naszą pracę”, mówi.

Bob dołączył do organizacji zrzeszającej weteranów w firmie Sikorsky (SVA) w 2007 roku, aby zainteresować ludzi losem żołnierzy i zachęcić ludzi do wspierania żołnierzy i weteranów w firmie i w lokalnej społeczności. SVA wysyła paczki 2 razy do roku. „Wieści się roznoszą i coraz więcej pracowników przynosi rzeczy”, mówi Bob.

Jest on także organizatorem okresowych spotkań pod hasłem „Wspierajmy naszych żołnierzy”, aby dać pracownikom firmy Sikorsky możliwość napisania wiadomości na flagach z hasłem „Wspierajmy naszych żołnierzy”, dając słowa otuchy i pokazując wsparcie firmy Sikorsky dla ludzi służących krajowi.

Bob ostatnio otrzymał niespodziankę, która nieomal doprowadziła go do łez. Po powrocie z misji w Iraku żołnierz, który otrzymał jedną z paczek od Boba, chciał podziękować mu osobiście i wyrazić swą wdzięczność za prezenty i podtrzymujące na duchu wiadomości. „Kiedy żołnierze dają mi znać jak wiele znaczą dla nich te prezenty, daje mi to pewność, że robimy dużo dla wspierania naszego kraju i tych, którzy go bronią”.


Budowa ekologicznych budynków z Habitat for Humanity - Nowy Jork

Wieloletnia współpraca firmy UTC z organizacją Habitat for Humanity w Nowym Jorku weszła w nowe stadium we wrześniu 2007 roku, kiedy to grupa ochotników z firmy uczestniczyła w budowaniu największego budynku wielorodzinnego organizacji. Osiągnięcie organizacji Habitat, budynek z 41 mieszkaniami na Brooklynie w Nowym Jorku, stanowi niedrogi i ekologiczny kompleks mieszkaniowy dla rodzin.

Grupa prowadzona przez wiceprezesa UTC ds. księgowości i finansów, Grega Hayesa, spędziła dzień wznosząc szkielet kompleksu trzech budynków, którego ukończenie planuje się na początek 2009 r. Kilkoro pracowników siedziby głównej UTC zgłosiło się do pomocy na ochotnika, m. in. Jennifer Caruso, Mark George, Corliss Montesi, Ken Parks, Tom Rogan, Jessica Smith, Peggy Smyth i Tobin Treichal.

Projekt Brooklyn Habitat - NYC składa się z trzech 4-piętrowych budynków, wyróżniających się zoptymalizowanym ekologicznie projektem. Projekt obejmuje kontrolę erozji i osadów, wykorzystanie roślin odpornych na suszę i armatury wodociągowej o zmniejszonym przepływie, specjalistycznych energooszczędnych urządzeń, sprzętu i armatury oraz materiałów pochodzących z recyklingu gdziekolwiek jest to możliwe.

„Zwykle myślę o projektach Habitat jako o domach jednorodzinnych, a to było znacznie większe przedsięwzięcie”, powiedział Corliss, który pomagał przy projekcie Habitat po raz pierwszy. „Zawsze wspaniale jest uczestniczyć w czymś, co ma wpływ na społeczeństwo. Można to było poczuć, ponieważ pracowaliśmy razem z członkami rodzin, które będą mieszkać w tym budynku.”

Po ukończeniu, nowy projekt budowlany otrzyma certyfikat LEED (Leadership in Energy and Environmental Design) (Lider w projektowaniu ekologicznym i energetycznym) od U.S. Green Building Council, organizacji non-profit, która stara się o rozpowszechnianie praktyk budowlanych dbających o środowisko. LEED to uznany wzorzec w projektowaniu, budowie i eksploatacji ekologicznych budynków, promujący równowagę ekologiczną na placach budów, oszczędność wody i energii, dobór materiałów i ekologiczną jakość wnętrz.

Habitat - NYC zbudowało ponad 170 domów w całym Nowym Jorku z pomocą 10 000 ochotników każdego roku. Firma UTC i jej pracownicy wspierają organizację od ponad 10 lat, a w 2004 roku zaczęli przekazywać pieniądze na rzecz Habitat -NYC poprzez inicjatywę Sustainable Cities, która promuje budownictwo ekologiczne i niedrogie mieszkania. Na 8 dorocznej gali rozdania nagród Habitat's Annual Builder Awards Gala w listopadzie 2007 r., firma UTC została uhonorowana jako jedna z firm najbardziej wspierających organizację.

„Pomaganie rodzinie w zmianie życia przy jednoczesnym robieniu czegoś dla środowiska sprawia, że ten wysiłek jest tak wyjątkowy i cenny”, powiedział Greg. „Habitat for Humanity wyznacza trendy, ponieważ za kilka lat wszystkie firmy budowlane będą brały pod uwagę standardy LEED.”


Życiowa lekcja na temat wartości EH&S (Ochrona środowiska i BHP)

Pracujący w Pratt & Whitney Gary Griesheim jest zwolennikiem programu ochrony środowiska i BHP wprowadzonego przez UTC w celu wyeliminowania niebezpiecznych chemikaliów z miejsca pracy.

Docenił ten program jeszcze bardziej, gdy jego brat Greg o mało co nie wpadł do zbiornika z trichloroetylenem (TCE) w trakcie pracy w innej firmie. Byłaby to wielka tragedia dla rodziny Griesheimów.

„Greg nawdychał się oparów TCE w czasie usuwania przecieku na linii czyszczącej korzystającej z podgrzanego TCE w fabryce w Illinois, gdzie pracował jako inżynier produkcji”, mówi Gary.

„W czasie, gdy mdlał, jakimś cudem sprzączka od jego paska zaczepiła się o wystającą rurę, nie pozwalając mu wpaść do zbiornika”, mówi Gary. „Z tego, co nam wiadomo, przez ponad godzinę wisiał kilkanaście centymetrów nad TCE”, dodaje Gary.

Opary wprowadziły Grega w śpiączkę, która głęboko zaniepokoiła rodzinę Griesheimów. Śpiączka nie wpłynęła jednak na poczucie humoru Grega; pytany o ten wypadek odpowiedział: „Może powinniście zapytać kogoś innego, bo ja chyba przespałem całą sprawę”.

Początkowo bano się, że taka ilość oparów TCE mogła spowodować poważne uszkodzenia mózgu, ale udało mu się obudzić ze śpiączki i po kilku tygodniach odzyskać pełnię sprawności.

Gary mówi, że gdyby w firmie, w której pracował jego brat kładziono taki sam nacisk na ochronę środowiska i BHP, jak to robi się w UTC, to prawdopodobnie nigdy by nie doszło do takiego wypadku.

Przekazał to dyrektorowi generalnemu, George'owi Davidowi, w liście, do którego napisania namówili go współpracownicy z Pratt & Whitney na spotkaniu na temat bezpieczeństwa pracy, podczas którego opowiedział o tym wypadku.

Nie można więc się dziwić, że Gary jest zagorzałym propagatorem starań UTC mających na celu wyeliminowanie niebezpiecznych materiałów z procesów produkcyjnych.

Gary rozpoczął swoją karierę w UTC w firmie Pratt & Whitney w 1992 roku, w Material Engineering Research Lab (laboratorium badawczym inżynierii materiałowej). Był to okres, w którym zaczęto szukać materiałów i procesów produkcyjnych, które zastąpiłyby niebezpieczne chemikalia.

„Miałem dobry kontakt z inżynierami, który pracowali przez długie miesiące, jeśli nie lata, szukając alternatywnych środków i procedur czyszczących”, mówi Gary. „W tamtym czasie kwestionowali oni zasadność strategiczną eliminacji tych chemikaliów i zastanawiali się, czy nie osłabi to konkurencyjności rynkowej UTC”.

Dziś Gary pracuje w oddziale Pratt & Whitney w Columbus, w stanie Georgia i ma duży szacunek dla odpowiedzialności, którą wykazało się kierownictwo UTC w swoich staraniach z zakresu ochrony środowiska i BHP.

„UTC robi to, co powinno”, mówi.


Pozdrowienia z Rosji

Adopcja została opisana przez redaktora naczelnego czasopisma Parents jako „cudowny proces: dorośli i dzieci spotykają się i dzięki sile miłości tworzą rodziny”. Taki właśnie cud wydarzył się, gdy Bob Loycano, kierownik zakupów w dziale mocowań firmy Pratt & Whitney, wraz z rodziną adoptowali Waverly Anastazję.

Kiedy Bob i jego żona Kimberly zdecydowali się adoptować dziecko z Rosji, cztery miesiące zajęło im dopełnienie wszystkich formalności koniecznych do zgłoszenia się do programu adopcji dzieci z Rosji. Gdy to zrobili, znalezienie odpowiedniego kandydata trwało tylko miesiąc - w tym przypadku była to dwuletnia dziewczynka o imieniu Anastazja, która mieszkała w Birobidżanie, w Żydowskim Obwodzie Autonomicznym położonym na wschodnim krańcu Syberii.

Rodzina Loycano. Od lewej: Evan, Bob, Kimberly i Waverly Anastazja.

Rodzina Loycano odbyła podróż do Birobidżania, aby poznać swoją córkę, która powitała ich wbiegając prosto w ich ramiona. Natychmiast wytworzyła się między nimi więź. Dłużej trwało natomiast sfinalizowanie procesu adopcyjnego, który wymagał kolejnej podróży do Rosji kilka tygodni później. W ramach tego procesu państwo Loycano zmienili pierwsze imię Anastazji na Waverly, zachowując Anastazję jako drugie imię. Po kolejnych kilku dniach papierkowej roboty na Syberii i w Moskwie, Bob wraz z żoną mogli w końcu zabrać Waverly ze sobą.

Już na miejscu Waverly poznała swojego starszego brata Evana - czteroletniego biologicznego syna Boba i Kimberly. Na początku Evanowi podobało się to, że ma nową siostrę. Pokazał Waverly, jak bawić się jego zabawkami i dobrze czuł się jako starszy brat. Drugiego dnia zorientował się jednak, że jego nowa siostra zostanie z nimi na stałe i zawołał Boba, żeby „porozmawiać z nim na osobności”. Wyjaśnił tacie, że „tak nie może być” i „ona musi wrócić”. Bob i Kim starali się nie roześmiać, a przez następne dwa miesiące mocno starali się pomóc Evanowi zaakceptować jego nową siostrę.

Waverly najtrudniej było przyzwyczaić się do jedzenia i spania. Wiele rodzajów pożywienia jej szkodziło, a później okazało się, że ma pasożyty, które często występują u dzieci w tej części Rosji. Miała także kłopoty ze snem. Zgodnie z zaleceniami lekarza adopcyjnego, Bob i Kimberly zajmowali się nią natychmiast, gdy tylko budziła się z płaczem. Miała dzięki temu przywiązać się do nich jako do nowych rodziców.

Przez ostatnie dwanaście miesięcy Waverly zrobiła duże postępy i dobrze przystosowała się do nowej sytuacji. Państwo Loycano bardzo się cieszą, że stała się ona częścią ich rodziny. Nawet Evan, który pytany o to, czy jest zadowolony, że Waverly należy do ich rodziny, odpowiedział: „Zdecydowanie!”

Jeśli myślisz o adopcji, pamiętaj, że UTC zapewnia specjalny zasiłek.


Pracownicy działu finansowego firmy Otis wspierają organizację Habitat for Humanity

Są przyzwyczajeni do zajmowania się finansami firmy Otis i do składania świetnych zeznań podatkowych, ale uzyskali także świetne rezultaty, gdy wykorzystali swe umiejętności dla organizacji Habitat for Humanity.

Pod koniec czerwca grupa 12 pracowników działu finansowego centrali światowej Otis zakasała rękawy, by budować domy i rozwijać umiejętności pracy zespołowej w trakcie jednodniowej imprezy organizowanej na obszarze Hartford przez organizację Habitat for Humanity. To już czwarty rok, w którym oddział brał udział jako drużyna.

Pracownicy firmy Otis sprzymierzyli się z ochotnikami, wśród których można było spotkać zarówno nastolatków, jak i emerytów, aby postawić kilka ścian, wbić kilka gwoździ, przenosić armaturę łazienkową z ciężarówki dostawczej do każdego z domów, zmierzyć obwód dachu i zbudować szkielet dachu.

„To było świetne uczucie - pomóc komuś w potrzebie i na dodatek zrobić to wraz z kolegami z pracy w zupełnie innym otoczeniu niż biuro”, mówi Angelo Messina, kierownik działu finansów firmy Otis.

Messina pierwszy raz zgłosił się rok temu, gdy jeszcze pracował dla firmy Carrier i cieszy się, że może przyłączyć się do drużyny Otis w tym roku. Wyjaśnił, że te domy są „oazą pośród starej dzielnicy handlowej pełnej zamkniętych fabryk. Bardzo miło zobaczyć rodziny mieszkające w domach, które zostały w tym rejonie ukończone wcześniej”.

Iris Huang, starszy analityk w dziale kontroli i oceny zgodności, od niedawna pracuje w firmie Otis, ale pomagała w budowie niektórych z domów w tej dzielnicy w czasie pracy w poprzedniej firmie.

„To była niebezpieczna dzielnica, jedna z gorszych jakie można sobie wyobrazić”, mówi. „A w środku tej dzielnicy znajduje się kilka domów postawionych przez Habitat, które są świeże i eleganckie, i mają zielone trawniki. Kontrast jest niesamowity. Czułam się dumna z tego osiągnięcia i wiedziałam, że nasza praca może sporo tu zmienić. Gdy tamtego dnia rozejrzałam się dookoła, czułam się bardzo szczęśliwa, że mogłam pracować dla dwóch firm, będących zaangażowanymi liderami odpowiedzialności korporacyjnej.”.

Meredith Lewis, starszy analityk w dziale analizy i planowania finansowego, zgadza się z tym. Od siedmiu lat jest ochotnikiem dla HfH, z czego trzy z firmą Otis.

„To trzeci rok, w którym wracamy do tego samego miejsca”, mówi Lewis. „W trakcie pracy mogliśmy zobaczyć rodziny mieszkające w domach, nad którymi pracowaliśmy w przeszłości. Widok biegających dookoła dzieci i obserwujących ich z ganków mam pomaga uświadomić sobie, że ta praca coś znaczy, a dowód na to masz przed sobą. Gdy tylko czułam zmęczenie lub gdy ktoś zaczynał narzekać na upał, słyszeliśmy śmiechy dzieci i to dodawało nam sił”.

Dla Lewis aspekt budowania zespołu jest „dodatkiem do możliwości pomocy społeczności. Trzeba koniecznie współpracować, bo inaczej projekt nie będzie działał. Nasze drużyny dobrze ze sobą współpracują, a na koniec okazuje się, że dowiedzieliśmy się tak wiele o swoich umiejętnościach, stylach pracy i życiu osobistym, że wracamy do biura i odkrywamy, ze współpraca staje się lepsza i bardziej efektywna”.

Pierwszy raz w akcji dla organizacji Habitat for Humanity brał udział Gabriel Acosta, starszy analityk finansowy.

„Zgłosiłem się, ponieważ podoba mi się pomysł budowania domów”, mówi Acosta. „Odkryłem, że to wspaniałe uczucie i dobra zabawa. Bardzo chętnie znów to zrobię. Duże znaczenie miało także to, że pracowałem z kolegami z pracy i mogłem ich poznać z innej strony”.

Zgadza się z tym Tatyana Lobikin. Lobikin, kierownik działu odszkodowań oraz specjalistka działu personalnego, jest ochotnikiem Habitatu od czterech lat.

„Nie ma żadnych struktur organizacyjnych, żadnych stopni i ocen - wszyscy jesteśmy ochotnikami z imionami wypisanymi markerem na kawałku taśmy klejącej”, mówi. „Wspólnie pracujemy w dobrym celu, ale też dobrze się bawimy. Na koniec dnia wiemy, że uczyniliśmy coś ważnego dla czyjegoś życia. Uczestnictwo w tych akcjach stało się dla mnie corocznym wydarzeniem”.

W trakcie dnia Messina miał okazję spotkać przyszłego właściciela domu. „Była to miła starsza pani, która po raz pierwszy miała stać się właścicielką domu”, mówi, dodając, że jako specjaliści od finansów, ochotnicy byli szczególnie zainteresowani finansowymi szczegółami domów stawianych przez HfH. „Domy sprzedawane są za 80 000 funtów, z 26-letnim kredytem hipotecznym bez odsetek, co bardzo różni się od postępowania firm zorientowanych na zysk”, mówi.

Według organizacji Habitat for Humanity z rejonu Hartford, ochotnicy stanowią większość siły roboczej, a indywidualni i korporacyjni darczyńcy zapewniają pieniądze i materiały do budowy domów. Rodziny uczestniczące w programie inwestują setki godzin pracy („słodkie udziały”) w budowę swoich domów i domów dla następnych rodzin. Przez te szesnaście lat oraz dzięki ciężkiej pracy i oddaniu ochotników, właściciele domów i pracownicy oddali do użytku ponad 100 domów w rejonie Hartford.


Księga marzeń Joshuego: Zmieniając żal w życzliwość

Sześć lat temu inspektor badań nieniszczących firmy Pratt & Whitney (oddział w North Berwick, w stanie Maine), Scott Plaisted i jego żona, Carol, przeżyli tragedię, której żaden rodzic nie powinien przeżywać. Byli szczęśliwą rodziną z dwójką dzieci - dwuletnim Joshuą i czteromiesięczną Lindsey. Szczęście się od nich nagle odwróciło - Joshua zmarł na bakteryjne zapalenie opon mózgowych.

Zmagając się z tym ogromnym żalem, nie mogli zapomnieć o Lindsey. Wiedzieli, że konieczność zadbania o córkę była jedną z niewielu rzeczy, która pomogła im przetrwać dni po przedwczesnej śmierci syna. Pomimo wielkiego żalu, Scott i Carol trzymali się jednej myśli: musieli znaleźć sposób na to, by Lindsey poznała swego brata. Byli zdeterminowani, aby znaleźć sposób, by pamięć o Joshui zainspirowała nie tylko ich córkę, ale także inne dzieci i rodziny.

Scott w bardzo pozytywny sposób opowiada o tym jak on i Carol postanowili zainicjować program walki z analfabetyzmem Joshua's Book of Dreams (Księga marzeń Joshuego), który tysiącom dzieci przybliżył przyjemność płynącą z czytania. “Usiedliśmy razem i zaczęliśmy rozmawiać o pomysłach na to jak uczcić pamięć Josha”, mówi Scott, który opowiadał o zamiłowaniu syna do nauki i czytania. “Kochał książki każdego rodzaju. Wiedzieliśmy, że chcemy się podzielić jego zamiłowaniem do książek”.

Scott, Carol i Lindsey zbierają nowe i mało używane książki, a następnie rozsyłają tam, gdzie jest na nie zapotrzebowanie. Rodzina Plaistedów prowadzi program z ich domu w York, w stanie Maine. W 2001 roku, we współpracy z komitetem Parków i Rekreacji z York, zorganizowali po raz pierwszy bieg uliczny na 5 kilometrów, Joshua's Book of Dreams 5K Road Race. W tym roku, w kwietniu, w imprezie wzięło udział 354 biegaczy i piechurów. Dochody z organizowanej corocznie imprezy przeznaczane są na zakup książek dla bibliotek szkolnych oraz społecznych programów rozwoju czytelnictwa.

Od czasu powstania w 2001 roku fundacja Joshua's Book of Dreams rozdała ponad 17 000 książek. Książki przeznaczano dla różnych szkół lokalnych oraz organizacji dziecięcych,a także na program Aircraft Club Angel Tree. Książki wysłano także do Nowego Jorku po zamachach z 11 września oraz do Nowego Orleanu po uderzeniu huraganu Katrina.

Scott, Carol i Lindsey wspominają Josha każdego dnia i dziękują za czas, który mogli z nim spędzić oraz za dar jego zaraźliwej chęci poznawania książek. Lindsey jest ciągle blisko brata: z każdą ksiązką, którą metkuje i wkłada do paczki gotowej do wysłania. Choć nie mają już przy sobie swego aniołka, fundacja Joshua's Book of Dreams jest gwarancją tego, że zawsze będzie to rodzina czteroosobowa.

Więcej informacji na temat bakteryjnego zapalenia opon mózgowych znajdziesz na stronie: www.cdc.gov.